24 marca 2014

Meat free Mondays, czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona czternasta. Pieczone bataty i quinoa ze szpiankiem.

 
 
Kolejny bezmięsny poniedziałek nastąpił. W tym przypadku  bardzo się cieszę z szybko upływającego czasu ponieważ już w sobotę przyleci do nas moja Mama. Bardzo dawno się nie widziałyśmy, my ostatnio w Polsce byliśmy w wakacje i też nie tak długo jak zwykle, ponieważ część wolnego wykorzystaliśmy na pobyt we Włoszech. Bardzo się za Mamą stęskniłam i bardzo się cieszę że dała się namówić na wizytę u nas. Mam nadzieję że pogoda dopisze i spędzimy miło czas. Z Mamą przylatuje również kuzyn i kuzynka (to ich pierwsza wizyta w UK) i planuję zabrać wszystkich w kilka pięknych miejsc, bo takich nie brakuje.
 
A tymczasem dziecko nam się rozchorowało. Jeszcze kilka dni temu cieszyliśmy się, że prawie 1,5 roku obeszło się bez antybiotyku dla Banci. Młodsza córka bardzo łatwo "łapie" wszelkie infekcje, ale odkąd zaczęliśmy stosować domowej roboty miksturę na przeziębienia ( miód, czosnek, imbir, cytryna) przez dość długi czas było zdrowo i bez opuszczania szkoły. Podejrzewam że któregoś dnia w szkole pani pozwoliła dzieciom wyjść na boisko bez kurtek no i jest, Bianca kaszle okropnie. Mam nadzieję że i tym razem obejdzie się bez antybiotyku.
 
Pewnie nikt z Was nie ma ochoty czytać o chorobach, przechodzę więc do sedna. Słodkie ziemniaki uwielbiam, pojawiają się w naszej kuchni dość często, zupa z nich i ciecierzycy ( klik ) to sprawdzony sposób na szybki obiad, uwielbia też pieczone z nich frytki. Dzisiejsza propozycja to bataty nadziewane komosą ryżową, która również już na stałe zagościła na naszym stole.
 
 
 
 
 
 
 
 
Składniki:
 
- 2 słodkie ziemniaki średniej wielkości
- szklanka ugotowanej quiona
- garść szpinaku
- sól, pieprz, szczypta pieprzu cayenne
- ziarna słonecznika
- ser żółty
- kiełki do podania
 
Ziemniaki dokładnie myjemy i nakłuwamy, układamy w naczyniu żaroodpornym i wstawiamy do piekarnika (190 st.) na ok. 40 - 60 min. w zależności od ich wielkości.
 Po upieczeniu wyjmujemy (piekarnika nie wyłączamy) i kiedy już są na tyle zimne aby je utrzymać w dłoniach, przekrajamy na pół i wydrążamy miąższ, pozostawiając cienką warstwę przy skórce.
Do miski wsypujemy komosę, dodajemy umyty, osuszony i posiekany szpinak oraz pokrojony miąższ ziemniaków.
Przyprawiamy do smaku.
Powstałą sałatką nadziewamy ziemniaki, posypujemy startym serem i ziarnami słonecznika i wstawiamy do piekarnika (można zmniejszyć temperaturę do 170 st.).
Zapiekamy przez 15 minut, do rozpuszczenia sera.
Podajemy z kiełkami, u nas rzodkiewki, podkręcają smak dania.
 Idealnie pasuje też  do nich sos czosnkowy.
 
 
 
SMACZNEGO!!!!

20 marca 2014

Jem na zdrowie. Deser z kaszą jaglaną i jabłkiem.

Chyba powinnam zmienić nazwę bloga, bo to już nie jest tylko blog Matki Polki w UK ale Matki Polki, która stara się siebie i swoją rodzinę odżywiać w jak najzdrowszy sposób.  Doszłam do wniosku, że mieszkając w Anglii z jednej strony jest łatwo wprowadzić zmiany w życie, z drugiej ciężko. Mówię o jedzeniu oczywiście. Łatwo, ponieważ mamy duży dostęp do organicznych farm i sklepów (zarówno tych stacjonarnych jak i online), które taką żywność oferują  i możemy sobie na takie zakupy pozwolić ( bez szaleństw :) Z drugiej strony trudno, ponieważ ze sklepowych półek aż wylewają się różnego rodzaju słodkości, chipsy, gotowe dania obiadowe (wystarczy podgrzać w mikrofali ), półprodukty i inne rzeczy, które niestety nie są dobre dla naszego organizmu. Słodycze są bardzo tanie, za jednego funta można sobie kupić 6-pak batoników i niestety, wiele osób daje się na takie promocje naciągnąć, szczególnie jeśli się robi zakupy z dziećmi. A wiadomo, słodycze w szafce = zjedzone słodycze. Na nasze szczęście  wyprawy do marketów ograniczamy do minimum, organiczne warzywa i kurczaka dowozi nam farma, jajka i mleko kupujemy na farmie, gdzie nie kuszą kolorowe opakowania słodkości za to słychać gdakanie kur łażących po trawie i muczenie ich koleżanek - krów.  W weekend pozwalamy sobie na małe grzeszki ale i wtedy przeważnie jest to domowe ciasto lub dobrej jakości lody. Lub jedno i drugie.
Warto poczytać o wpływie cukru, konserwantów, pestycydów i wszystkich innych rzeczy, jakie teraz znajdują się w tym, co jemy. Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, że jedząc np. łososia uprawianego na farmie wyrządzamy sobie więcej szkody, niż pożytku. W sieci jest mnóstwo informacji na ten temat, poczytajcie o tym, czego nie dowiemy się od producentów żywności. Większość naszych znajomych znacząco puka się w głowę kiedy próbujemy tłumaczyć jak jest naprawdę, ale są też tacy, którzy zaczęli się zastanawiać i wprowadzać choćby małe zmiany w swoim życiu (pozdrowienia dla Asi !! ). Sama do niedawna byłam obojętna i jednym uchem wpuszczałam a drugim wypuszczałam wywody mojego męża, nadszedł jednak czas i na mnie i w końcu uwierzyłam, że jestem tym, co jem. I zgodnie z tym powiedzeniem zapraszam Was dziś na deser. Kasza jaglana przeżywa szczyty popularności, mnóstwo jej na blogach i w kuchniach. i bardzo dobrze, bo jest bardzo zdrowa. Sprawdza się zarówno w daniach wytrawnych jak i deserach, w co niektórym ciężko uwierzyć. Deser jest prosty w wykonaniu i smakuje nawet dzieciom.
 
 
 
 
 
 
Składniki:
 
- 2 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
- mleko roślinne (migdałowe, ryżowe, kokosowe)
- 4 jabłka
- laska wanilii
- cynamon, xylitol
- garść orzechów
 
Kaszę wsypujemy do garnka i zalewamy mlekiem.
 Z wanilii wyłuskujemy ziarenka i dodajemy do kaszy.
Słodzimy do smaku xylitolem (lub po zdjęciu z ognia - miodem) i chwilę gotujemy.
Blenderem miksujemy na gładką masę.
Jabłka obieramy, kroimy w kostkę i wrzucamy do garnka, zalewamy odrobiną wody.
 Dodajemy cynamon i xylitol (ok. 2 łyżek) i gotujemy do miękkości.
Można na końcu zmiksować ,ale nie jest to konieczne.
W pucharku układamy warstwę kaszy, jabłek i znowu kaszy.
Posypujemy ulubionymi orzechami, posiekanymi.
 
 
 
 
SMACZNEGO!!!

17 marca 2014

Meat free Mondays, czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona trzynasta. Humus z pieczonym czosnkiem.

 
 
Weekend, weekend i po weekendzie. Jak to zwykle bywa, przeleciał niepostrzeżenie i zdecydowanie za szybko. Udało nam się wybrać na drugą w tym roku krajoznawczą wyprawę, pogoda póki co dopisuje, trzeba więc korzystać. Pojechaliśmy nad wodospad Pistyll Rhaeadr, urocze miejsce, choć jeszcze nie tak urocze jak pełną wiosną, kiedy zieleń wybucha z całą mocą. Jeśli czas pozwoli, powrócę do pisania na temat naszych wycieczek i podzielę się z Wami zdjęciami.
 
 
 
A tymczasem zapraszam Was na niedawno odkrytego przeze mnie bloga z mnóstwem pięknych zdjęć i przepisów tutaj. Tam właśnie natknęłam się na humus z pieczonym czosnkiem, a że do ostatniej dostawy organicznych warzyw dołożono nam główkę ( a właściwie to głowę, tak duże są ) czosnku (pewnie przez pomyłkę ) to szukałam dla niego zastosowania. Co prawda po pieczeniu czosnku w piekarniku trzeba dokładnie wietrzyć CAŁY dom ale myślę, że warto. Mąż też tak myśli :)
 
Składniki:
 
- 2 główki czosnku
- puszka ciecierzycy
- 2 + 2 łyżki oliwy
- sok z połowy cytryny
- 2 łyżki tahini
- płaska łyżeczka soli
- zioła do podania (np. posiekana pietruszka)
 
 
 
 
Z czosnku usuwamy zewnętrzne warstwy, i nie rozdzielając główek ostrym nożem ścinamy każdej czubek.
Smarujemy oliwą (2 łyżki ze składników)  i pieczemy zawinięty w folię aluminiową w 170 st. przez ok 45 minut.
Po upieczeniu i ostudzeniu wyciskamy upieczony czosnek do pojemnika blendera/miseczki. Dodajemy odsączoną ciecierzycę i resztę składników ( z sokiem z cytryny ostrożnie, najlepiej dodać połowę i próbować) i całość miksujemy na gładką masę.
 Gotowy humus przekładamy do miseczki, polewamy oliwą i posypujemy posiekaną zieleniną lub, jeśli jej pod ręką nie mamy, ziarnami sezamu.
 Podajemy z krakersami lub pitą.
 
 
 
 
SMACZNEGO!!!
 

11 marca 2014

Razowe ciastka z cynamonem i wiosna, nareszcie !

 
 
 
 
Zaskakujące, jak bardzo może zmienić się podejście człowieka do życia kiedy tylko zaświeci słońce. W tym roku zima w UK była wyjątkowo paskudna, właściwie nie zima a to, co powinno nią być. Wieczne deszcze i przerażające wiatry dały nam w kość, więc tym bardziej cieszymy się ze świecącego od kilku dni słońca. Można naładować baterie na kolejne deszczowe dni, które, nie łudźmy się, na pewno nadejdą.
Wiosna to czas porządków w domach, ogródkach (już słychać kosiarki :) a dla mnie także w życiu. Czas porzucić smutne myśli, szukać pozytywów każdego dnia, otoczyć się ludźmi którzy nas szczerze lubią i kochają a odstawić tych, którzy tylko udają. I mieć nadzieję, że będzie dobrze !
 
Na początek wiosny, być może niezupełnie wiosenne - ciastka. To trzeci raz, kiedy je piekę. Pierwszy - zupełna klapa, skorzystałam z przepisu dołączonego do stempla, zupełnie nie pomyślałam, że dodatek proszku do pieczenia całkowicie zepsuje ideę tego stempla, ponieważ ciacha urosną i napis zniknie.
Za drugim razem skorzystałam z przepisu Doroty z "Moich Wypieków" i było lepiej, niestety nie zdążyłam ciastek sfotografować, ponieważ były pieczone dla Julii i jej grupy Skautów na imprezę, gdzie miały być sprzedawane a dochód jest przeznaczony na potrzeby grupy (wycieczki, potrzebne materiały, itp. ). Większość rodziców postarała się i przyniosła wypieki, jednak nasze ciastka marnie prezentowały się w towarzystwie babeczek suto okraszonych lukrem, posypkami, polewami itd. No cóż, nie każdy stawia na zdrowie, jeśli o jedzenie chodzi. Podejrzewam, że ciastka wylądowały w koszu po zakończeniu imprezy, właściwie to mogliśmy je odkupić i skonsumować w domu.
Trzecie podejście nastąpiło wczoraj. Dziewczyny narzekają, że inne dzieci w szkole na lunch przynoszą chipsy, ciastka, czekoladki i inne słodkości. Wiem, że niektórym może to wydać się dziwne i nie na miejscu (usłyszałam nawet kiedyś, że odbieram dzieciom dzieciństwo, nie dając im słodyczy kiedy tylko poproszą o to) ale stosujemy w domu zasadę, że słodycze są tylko w weekend. Dlatego też do lunchu nie dostają batoników ani kupnych ciastek. Myślę, że dobrze na tym wychodzą. Ciastka upiekłam dla nich i cukier zastąpiłam ksylitolem. Zobaczymy jak im smakowały kiedy wrócą dziś ze szkoły :) Przepis, jak już wspominałam, pochodzi z książki "Moje wypieki i desery" za którą serdecznie dziękuję Ani.
 
 
 
Składniki:
 
- 250 g mąki pszennej razowej
- 125 g miękkiego masła
- 120 g brązowego drobnego cukru ( użyłam 40 g ksylitolu )
- 1 duże jajo
- 2 łyżki mleka
- 2 łyżeczki cynamonu
 
 
 
Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę.
Dodajemy jajko, ucieramy dalej.
 Mąkę mieszamy z cynamonem, dodajemy do masy, wlewamy mleko  i zagniatamy. (Dorota radzi robić to w mikserze).
Ciasto owinięte w folię wkładamy do lodówki na 30 minut.
Po tym czasie z ciasta odrywamy kawałki, formujemy w kulki (większe od orzecha włoskiego), lekko spłaszczamy, wierzch lekko oprószamy mąką (łatwiej jest wtedy odkleić ciasto od stempla) i odciskamy wzór.
Stempel róznież za każdym razem oprószamy mąką.  
Układamy na blasze wyłożonej papierem i pieczemy 15 minut w 200 st.
Pilnujemy ciastek, bo wg moich obserwacji lubią się szybko przypalić.
 
 
 
 
 

Było,minęło....