19 czerwca 2014

Handmade home. Bunting i drugie życie puszki.

 
 
Dzisiejszym postem ( i następnymi podobnymi, mam nadzieję ) chciałabym pokazać, że moje życie na Wyspach kręci się nie tylko wokół jedzenia. Właściwie ostatnio moje poczynania w kuchni ograniczają się do ugotowania kaszy, sparzenia warzyw i uprażenia orzechów, ponieważ od jakiegoś czasu jeśli chodzi o posiłki, stawiamy na zdrowie. W kuchni powiało nudą ale mam nadzieję, że i to się zmieni, ponieważ zdrowo nie oznacza nudno, no ale nie o tym dziś miało być.
 
 
 
 
Dziś miało być o szyciu i tworzeniu. Pasją tą zaraziła mnie osoba, której już niestety nie ma w moim życiu, czego bardzo żałuję. Nie żałuję tego, że zaczęłam szyć bo sprawia mi to wiele radości. Początki były trudne, wszystkiego uczyłam się sama, klęłam na maszynę do szycia i rzucałam nożyczkami. Problemem największym jest brak czasu, obowiązki domowe, pomimo tego, że nie pracuję zawodowo, pochłaniają większość dnia, a po powrocie dziewczyn ze szkoły nie ma mowy o wolnej chwili dla mnie. Pomysłów w głowie masa, jeszcze więcej zdjęć w folderze "Inspiracje" a czasu jak nie było, tak nie ma.
 
 
 
 
 
 Bunting powstał już jakiś czas temu, z prawdziwego lnu, którego poszukiwałam dość długo aż w końcu zakupiłam spory kawał u sprzedawcy z niemieckiego eBaya. Po jakimś czasie do buntingu dorobiłam mały wazon, oklejając metalową puszkę kawałkiem lnu i przyklejając kwiat klejem na gorąco. Do tego zestawu idealnie pasuje suszona lawenda, prosto z mojego ogrodu, własnoręcznie wyhodowana. Na szczęście ślimaki za nią nie przepadają (co innego truskawki i poziomki :)
 
 
 
 
 
Jak Wam się całość podoba?
 
Jeśli macie ochotę obejrzeć inne moje wyszywanki,  zapraszam na moją stronę na FB
 

10 czerwca 2014

Sernik na zimno z białą czekoladą.



 
 
Ciężko uwierzyć, że od ostatniego posta minęło już tyle czasu....Angielska pogoda zupełnie nie nastraja do działania a poza tym sporo ostatnio się dzieje w naszym domostwie więc i blog zaniedbany. Mam nadzieję, że ktokolwiek jeszcze tu czasami zagląda :)
 
Tym, którzy czasami wpadną z wizytą do Matki Polki, polecam dziś sernik. Potrzebowałam czegoś "na szybko", ponieważ gościliśmy u siebie rodziców męża ( przy okazji "wyskoczyliśmy" na Majorkę zostawiając dzieci z dziadkami :) W książce Doroty z Moich Wypieków znalazłam ten przepis, wysłałam męża na zakupy (oczywiście nie kupił wszystkiego pomimo, że był uzbrojony w listę :) i powstał sernik. Nie jest to wg mnie typowy sernik na zimno jaki pamiętam z dzieciństwa, jest ciężki i potrzebuje towarzystwa dużej ilości owoców, aby tą ciężkość trochę załagodzić. Niemniej jednak wszystkim bardzo smakował i zniknął błyskawicznie.
 
Składniki:
 
- 500 g twarogu tłustego lub półtłustego
- 300 g białej czekolady
- ziarenka z laski wanilii (użyłam ekstraktu )
- 150 ml kremówki
- łyżka żelatyny
 
 
 
Twaróg mielimy przynajmniej dwukrotnie i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to czynność, której najbardziej nie lubię przy pieczeniu..
.Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i po ostudzeniu mieszamy z twarogiem dodając ziarenka wanilii.
Żelatynę rozpuszczamy w niewielkiej ilości gorącej wody i dodajemy do masy.
 Idealnie sprawdził się sposób Doroty : żelatynę wlewamy do miski i dodając po 1 łyżce masy mieszamy.
 Nic się nie zważyło.
Gotową masę przelewamy do tortownicy (18 cm) wyłożonej papierem do pieczenia, na wierzchu układamy truskawki i wstawiamy do lodówki do stężenia.
Ja kawałki na talerzykach posypałam wiórkami czekolady.
 
SMACZNEGO!!!
 


 

Było,minęło....