10 lutego 2014

Meat free Mondays, czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona trzynasta. Zupa z kopru włoskiego i gruszki.



- Co to jest, mamo?
- Zupa.
- A z czego?
- Nie pamiętam, jak chcesz to spróbuj.
...
- Dobra ?
- No.
- Chesz?
- Chcę. 

Po chwili, jedząca zupę Jula patrzy na otwartą na przepisie książkę i woła: " Mamoooo, a to z TEGO ta zupa jest?? 

Jaki z tego wniosek? A taki, że jeśli dzieci nie wiedzą, co jedzą, to zjedzą większość tego, co im się zaserwuje. Zupa krem to najlepszy sposób, aby przemycić do diety dziecka to, na co by inaczej nie spojrzały. Zupa z kopru włoskiego i gruszki tak Julii posmakowała że pewnego razu nawet zażyczyła sobie porcji w termosie na szkolny lunch. Nic, tylko się cieszyć i gotować. O dobroczynnych jego właściwościach możecie przeczytać np.  tutaj a ja przejdę do przepisu. Znalazłam go w książce "Honestly healthy" o której to wspominalam już wcześniej przy okazji ciastek

Składniki:

- duża bulwa kopru włoskiego
- spora gruszka lub dwie małe
- cebula
- ząbek czosnku
- 600 ml bulionu warzywnego
- oliwa

Olwię rozgrzewamy w garnku, wrzucamy posiekaną cebulę i czosnek, podsmażamy. 
Do cebuli wrzucamy posiekaną bulwę, chwilę razem smażymy. 
Dodajemy obraną i pokrojoną gruszkę, wlewamy bulion i całość dusimy do miękkości. 
Blenderem miksujemy na gładki krem i doprawiamy świeżo zmielonym pieprzem. Podajemy z grzankami, których na zdjęciu brak ;)





SMACZNEGO!!!

Dawno się nie ogłaszałam więc zapraszam na stronę Matki Polki na FB  i na stronę z moimi wyszywankami, również na FB

04 lutego 2014

Słonecznik prażony.



Cały styczeń się zbierałam z powrotem na bloga. Styczeń minął, luty pędzi jak szalony, ani się obejrzymy jak nadejdzie Wielkanoc. Jestem winna przeprosiny czytelnikom bloga, nie złożyłam Wam życzeń...Święta w tym roku nie były dla nas zbyt wesołe, zabrakło radości związanej ze spędzaniem ich z rodziną. Niestety nie zawsze możemy poradzić cokolwiek na to, czym raczy nas nasz los. Na świąteczne życzenia  już za późno, noworoczne może jeszcze "przejdą" więc zarówno sobie jak i Wam życzę szerokiego uśmiechu na każdy dzień, dążenia do wyznaczonych sobie celów z podniesioną do góry głową  a nade wszystko tego, abyśmy potrafili cieszyć się tym, co mamy i doceniać to oraz być szczęśliwymi nie raniąc przy tym innych.



Dziś chciałam podzielić się z Wami pomysłem na prosty słonecznik. Wiem, że to takie zwykłe i proste ale właśnie na takie rzeczy często najtrudniej nam wpaść. Być może komuś pomysł się spodoba. Kilka miesięcy temu pierwszy raz przyrządził go mój mąż, od tego czasu przepadłam ja i nasze dziewczyny, śmiem twierdzić, że pestki są jeszcze lepsze od chipsów. Od których na szczęście się odzwyczajamy i stawiamy na zdrowsze przekąski i dzisiejszy słonecznik to jedna z nich. Oleju kokosowego biorącego udział w prażeniu używamy już od dawna, nie tylko w kuchni, ale o tym następnym razem. Baliśmy się że będzie problem z dziećmi, bo jak ogólnie wiadomo, ciężko je przekonać do jakichkolwiek wynalazków, szczególnie tych zdrowych, na szczęście nasze są otwarte na nowości i z zastąpieniem np. masła tym olejem nie było kłopotu.



Nad patelnią i prażącym się słonecznikiem trzeba trochę postać, bo lubi się przypalać, szczególnie wtedy, kiedy odwrócimy wzrok, ale warto.

 Potrzebujemy:

- szklanka ziaren słonecznika
- łyżeczka oleju kokosowego
- 1,5 łyżeczki soli (używamy różowej himalajskiej

Olej rozgrzewamy na patelni, wsypujemy słonecznik i sól, uzbrajamy się w drewnianą łyżkę i cierpliwość i prażymy ziarna na małym ogniu przez ok. 20 minut. 
 


SMACZNEGO!!!

Było,minęło....