30 sierpnia 2014

Jem na zdrowie. Kulki z daktyli, migdałów i kakao.

 
 
Jeśli chodzi o zdrowe odżywianie, nie mam problemów z obiadami, śniadaniami i kolacjami. Mogę jeść zdrowo i dietetycznie. Moją zmorą i największą słabością są słodycze. Jeśli wiem, że są w domu, nie zasnę spokojnie. Będę tak długo krążyć wokół kuchennej szafki, w której są ukryte, aż ulegnę. A potem żałuję. Jestem w stanie uwierzyć ludziom uzależnionym od np. papierosów, że ciężko jest je rzucić, jeśli palacz po zapaleniu czuje to samo co ja po zjedzeniu czekolady....
 
 
 
 
Aby zapobiec popełnianiu takich grzechów, przestaliśmy kupować sklepowe słodycze. W tygodniu, kiedy jesteśmy zajęci codziennymi obowiązkami i nie ma czasu na myślenie o głupotach, nie odczuwamy ich braku tak bardzo. Najgorsze są weekendy, szczególnie takie zimne, deszczowe i nieprzyjemne, kiedy jedynym ratunkiem jest fajny familijny film albo gra i coś dobrego do przegryzienia. A do tego idealnie nadają się dzisiejsze kulki. Wiele ich na przeróżnych blogach ze "zdrowymi" przepisami i dość długo się wokół nich kręciłam. W końcu zrobiłam i od tej pory weszły na stałe do naszego deserowego menu. Co najważniejsze, dziewczyny też lubią, a że w kulkach same dobre rzeczy, więc dzielę się z nimi bez wyrzutów sumienia.
 
 
Składniki : ( bardzo "na oko", najlepiej samemu wypróbować proporcje, w zależności od preferencji smakowych):
 
- pół szkl. migdałów, namoczonych na noc w wodzie
- 3 łyżki wiórków kokosowych
- 4 -5 szt. daktyli medjool
- 2 łyżki oleju kokosowego
- 3 łyżki prawdziwego kakao
- plus kakao, wiórki lub drobno posiekane i uprażone orzechy do obtoczenia
 
Obrane ze skórek migdały i resztę składników blendujemy na jednolitą masę.
 W razie potrzeby dodajemy daktyli lub oleju.
 Formujemy małe kulki, obtaczamy w wiórkach i wkładamy do lodówki do zastygnięcia.
 I cała to filozofia.
 
 
 
SMACZNEGO!!!

28 sierpnia 2014

Zupa z batatów i quinoa ze szpinakiem i kurkumą.





Dzień dobry po wakacjach. To znaczy nie tak dokładnie po, ale ja już nie mogę się doczekać początku nowego roku szkolnego. Potrzebuję powrotu do codzienności, do ustalonego planu dnia i jako takiego porządku. Potrzebuję teraz wakacji dla siebie, chwili na książkę (przywiozłam cały stos), trening ( trzeba zgubić to, co przybyło po wakacjach) i szycie ( Boże Narodzenie tuż tuż  ). Do przyszłej środy jednak muszę wytrzymać z dwiema nudzącymi się dziewczynami w domu i mam nadzieję, że jakoś mi się to uda. Jeśli pogoda dopisze, w weekend wybierzemy się na ostatnią wakacyjną wycieczkę a potem to już  z górki.


 
 Dzisiejsza propozycja kulinarna zrodziła się z mojej miłości do batatów. Quinoa, ze względu na jej dobroczynne właściwości, to już stały składnik naszego menu a reszta to improwizacja. Może niezbyt fotogeniczna, ale zupa jest bardzo smaczna. I zdrowa, a przecież właśnie o to przede wszystkim chodzi. Składniki:
 
- 1 spory batat (lub 2 mniejsze)
- 1/3 do 1/2 szkl. suchej quinoa
- dwie gaście świeżego szpinaku
- 2 łyżeczki kurkumy
- cebula
- 700 - 1000 ml ulubionego bulionu
- 2 łyżki oleju kokosowego
- sól do smaku
 
Cebulę kroimy w pół-talarki i wrzucamy do garnka z rozgrzanym olejem kokosowym.
 Dodając kurkumę podsmażamy aż zmięknie.
Ziemniaka obieramy i kroimy w większą kostkę, wrzucamy do cebuli i zalewamy bulionem.
Kiedy ziemniaki będą już prawie gotowe, wsypujemy do garnka kaszę i gotujemy 8 minut. Dorzucamy umyty i posiekany szpinak, mieszamy, przykrywamy i odstawiamy z ognia.
Po kilku minutach kasza powinna być gotowa.
 Zupę doprawiamy do smaku solą.
 
 
 
 
SMACZNEGO!!!

23 lipca 2014

Tartaletki z kokosowym kremem jaglanym i truskawkami.

 
 
No to mamy wakacje. A na dodatek mamy lato. W głowach  nam się niedługo poprzewraca od tego słońca ! Ale ja w żadnym wypadku nie narzekam, o nie. Mam nadzieję, że będzie świecić przez conajmniej kolejny tydzień, a potem to już może padać. Byle nie w Polsce. Bo my do Polski na biwak się wybieramy. Jako dziecko jeździłam z rodzicami na biwaki, towarzyszyła nam zawsze cała rodzina (a mała nie była) i te czasy wspominam z sentymentem. Teraz ja zabieram swoje dzieci pod namiot i mam nadzieję, że będą te wakacje wspominać równie miło. Zresztą, co ma być niemiło? Mamy wypasiony namiot, ciepłe śpiwory, obietnice smacznych obiadów i dostępu do toalet i nic więcej nam do szczęścia nie potrzeba. Oprócz słońca.
 
Mamy też nowiusieńki zestaw naczyń biwakowych i w nich to będziemy konsumować wakacyjne przysmaki. Na pewno nie będzie tak zdrowo jak w domu na codzień, no ale od czego są wakacje? Od tego, by pozwolić sobie na więcej :)
 
 
 
Zanim jednak na wakacje wyjedziemy, chciałam się z Wami podzielić przepisem na zdrowe i przy okazji przepyszne tartaletki. Pomysł na nie (a właściwie na jedną tartę) znalazłam u Asieji. Na pewno wiele osób już się z tym przepisem spotkało, na różne podobne można trafić na wielu blogach ( też tutaj ). Tych, którzy tartę widzieli a nie popełnili, polecam z  całego serca. U nas wchodzi na stałe do słodkiego menu.
 
Składnki (na 4 foremki) :
 
-  100 g midałów
-  5 daktyli medjool
- ok. 2 szklanek ugotowanej kaszy jaglanej
- mleko migdałowe (lub inne roślinne)
- 2 łyżki oleju kokosowego
- miód lub ksyliotl
- wórki albo płatki kokosowe
- świeże truskawki lub maliny
- wiórki gorzkiej czekolady (opcjonalnie)
 
Migdały i daktyle blendujemy do połączenia składników.
Foremki wyścielamy folią spożywczą ( inaczej ciężko nam będzie wyjąć z nich tartaletki ) i wyklejamy masą migdałowo - daktylową.
 Kaszę zalewamy mlekiem, stawiamy na gazie, dodajemy olej, słodzik (do smaku w zależności od upodobań)  i kokos, mieszamy.
Miksujemy na gładki krem.
Kremem napełniamy foremki, na wierzchu układamy ulubione owoce, umyte i pokrojone, jeśli są duże.
 Posypujemy czekoladą i wstawiamy do lodówki do zastygnięcia.
 
 
 
SMACZNEGO!!!

16 lipca 2014

Jem na zdrowie. Koktajl z awokado,jabłka i imbiru.

 
 
 
Dziś post z cyklu "Jem na zdrowie", krótko, zwięźle i na temat. A do tego smacznie. O właściwościach zdrowotnych awokado nikogo nie trzeba przekonywać, a reszta składników koktajlu wcale gorsza nie jest.
 
A są to dokładnie:
 
- dojrzałe awokado
- 1/2 jabłka + sok z 1 całego
- sok z 1 cytryny
- sok z 1 limonki
- kawałek obranego imbiru
 
Awokado obieramy, kroimy w kawałki i razem z pozostałymi składnikami łączymy na gładki koktajl. Przy obecnie panujących upałach dobrze jest dorzucic do blendera kilka kostek lodu.
 
 
 
 
SMACZNEGO!!!

09 lipca 2014

Deser jaglany z kremem z daktyli i kakao.

 
 
 
Kasza jaglana na dobre rozgościła się na blogach, a co za tym idzie i w naszych kuchniach. I bardzo słusznie. Jest zdrowa, pożywna i łatwa w przygotowaniu. Doskonała jako baza zarówno do dań wytrawnych jak i do deserów. Co prawda na moim blogu jej niewiele ale to nie oznacza, że jej nie jemy (to raczej oznacza, iż krucho u mnie z czasem ).
 
W lodówce przeważnie mam miskę ugotowanej jaglanki i w razie potrzeby jest jak znalazł na śniadanie w towarzystwie orzechów, lunch z dodatkiem warzyw albo właśnie deser.
 
Mogę jeszcze polecić deser z jabłkami który na blogu już się pojawił, a dziś proponuję jabłka zamienić na daktyle. W połączeniu z prawdziwym kakao wspaniale udają czekoladę !!
 
 
 
 
Z proporcjami będzie ciężko bo robiłam na oko, ale potrzebne składniki to:
 
- 2 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
- mleko roślinne (np.. migdałowe)
- cukier, xylitol lub miód
- suszone daktyle (6 dużych)
- kakao (2 łyżki)
 
Kaszę w garnku zalewamy mlekiem i podgrzewamy, dodajemy wybrane słodzidło (ilość wedle uznania) i blendujemy na gładką masę.
Daktyle wrzucamy do pojemnika blendera (takiego z ostrzami), dodajemy kakao (ważne, żeby to było "surowe" kakao a nie kakaopodobne zamienniki z, nie daj Boże, dodatkiem cuku) i miksujemy, również na gładką masę.
Wykorzystujemy naszą kreatywność i tworzymy kombinację dwóch mas, której nikt nie będzie mógł się oprzeć :)
 
 
 
SMACZNEGO!!!

03 lipca 2014

Domowe lody śmietankowe z gorącymi malinami.

 
 

 
Nie wiem jak Wy, ale my mamy lato. Wyjątkowo nas rozpieszcza słońce w tym roku, świecąc nieprzerwanie od tygodnia. A jak jest lato, to muszą być i lody. Pod szkołą codziennie, uparcie parkuje mały kolorowy samochodzik oferując dzieciakom swoje dobra, czyli tzw. lody. Moje dziewczyny jakoś dały się przekonać że to nie jest zbyt dobry wybór i już przechodzą obok niego obojętnie, ale żeby nie były tak do końca poszkodowane, postanowiłam zrobić lody sama.
 
 
 
 
 
Maszynkę w domu mam już od jakiegoś czasu ale ciągle obawiałam się jej użyć, zdawało mi się że zrobienie lodów wymaga dużo zachodu i że na pewno nie wyjdą. Wyszły, a pracy wcale dużo nie trzeba. Polecam wszystkim, nawet tym, którzy maszyny nie mają, zmieściła mi się do niej tylko połowa porcji, resztę wpakowałam do pudełka a jedne nie różniły się od drugich niczym. Lody nie zamarzają na kamień, są lekkie i puszyste. Czy to dlatego, że masa nie jest gotowana? Następnym razem wypróbuję przepis w którym śmietanę  i jaja się podgrzewa i będę miała porównanie. Duże znaczenia ma na pewno śmietana jakiej użyjemy. My mamy to szczęście że w mleko, jaja i śmietanę zaopatrujemy się w pobliskiej farmie, mając pewność, że produkty są "prawdziwe", bez ulepszaczy i dodatków i naprawdę smaczne.
 
 
 
 
 
Lody są idealną bazą do smakowych eksperymentów, polecam i zapraszam na lody. Naprawdę warto. Przepis znaleziony tutaj.
 
 Składniki (w oryginalnym przepisie podwojone) :
 
- 500 ml kremówki
- 3 jaja
- 1/4 szkl. xylitolu lub pół szkl. cukru
 
 
 
Jaja sparzamy i rozdzielamy.
 Białka ubijamy na sztywno dodając stopniowo cukier.
 Delikatnie mieszamy ubitą pianę z żółtkami.
 Śmietanę ubijamy na sztywno i łączymy z białkami.
Całość przelewamy do maszyny i postępujemy zgodnie z jej instrukcją.
 Jeśli maszyny nie posiadamy, wlewamy masę do pojemnika, wkładamy do zamrażalnika i co godzinę mieszamy lody.
Gotowe podajemy z ulubionymi dodatkami, u nas są to niezmiennie gorące maliny.
 
 
 
 SMACZNEGO!!!
 
 
 
 
 

19 czerwca 2014

Handmade home. Bunting i drugie życie puszki.

 
 
Dzisiejszym postem ( i następnymi podobnymi, mam nadzieję ) chciałabym pokazać, że moje życie na Wyspach kręci się nie tylko wokół jedzenia. Właściwie ostatnio moje poczynania w kuchni ograniczają się do ugotowania kaszy, sparzenia warzyw i uprażenia orzechów, ponieważ od jakiegoś czasu jeśli chodzi o posiłki, stawiamy na zdrowie. W kuchni powiało nudą ale mam nadzieję, że i to się zmieni, ponieważ zdrowo nie oznacza nudno, no ale nie o tym dziś miało być.
 
 
 
 
Dziś miało być o szyciu i tworzeniu. Pasją tą zaraziła mnie osoba, której już niestety nie ma w moim życiu, czego bardzo żałuję. Nie żałuję tego, że zaczęłam szyć bo sprawia mi to wiele radości. Początki były trudne, wszystkiego uczyłam się sama, klęłam na maszynę do szycia i rzucałam nożyczkami. Problemem największym jest brak czasu, obowiązki domowe, pomimo tego, że nie pracuję zawodowo, pochłaniają większość dnia, a po powrocie dziewczyn ze szkoły nie ma mowy o wolnej chwili dla mnie. Pomysłów w głowie masa, jeszcze więcej zdjęć w folderze "Inspiracje" a czasu jak nie było, tak nie ma.
 
 
 
 
 
 Bunting powstał już jakiś czas temu, z prawdziwego lnu, którego poszukiwałam dość długo aż w końcu zakupiłam spory kawał u sprzedawcy z niemieckiego eBaya. Po jakimś czasie do buntingu dorobiłam mały wazon, oklejając metalową puszkę kawałkiem lnu i przyklejając kwiat klejem na gorąco. Do tego zestawu idealnie pasuje suszona lawenda, prosto z mojego ogrodu, własnoręcznie wyhodowana. Na szczęście ślimaki za nią nie przepadają (co innego truskawki i poziomki :)
 
 
 
 
 
Jak Wam się całość podoba?
 
Jeśli macie ochotę obejrzeć inne moje wyszywanki,  zapraszam na moją stronę na FB
 

10 czerwca 2014

Sernik na zimno z białą czekoladą.



 
 
Ciężko uwierzyć, że od ostatniego posta minęło już tyle czasu....Angielska pogoda zupełnie nie nastraja do działania a poza tym sporo ostatnio się dzieje w naszym domostwie więc i blog zaniedbany. Mam nadzieję, że ktokolwiek jeszcze tu czasami zagląda :)
 
Tym, którzy czasami wpadną z wizytą do Matki Polki, polecam dziś sernik. Potrzebowałam czegoś "na szybko", ponieważ gościliśmy u siebie rodziców męża ( przy okazji "wyskoczyliśmy" na Majorkę zostawiając dzieci z dziadkami :) W książce Doroty z Moich Wypieków znalazłam ten przepis, wysłałam męża na zakupy (oczywiście nie kupił wszystkiego pomimo, że był uzbrojony w listę :) i powstał sernik. Nie jest to wg mnie typowy sernik na zimno jaki pamiętam z dzieciństwa, jest ciężki i potrzebuje towarzystwa dużej ilości owoców, aby tą ciężkość trochę załagodzić. Niemniej jednak wszystkim bardzo smakował i zniknął błyskawicznie.
 
Składniki:
 
- 500 g twarogu tłustego lub półtłustego
- 300 g białej czekolady
- ziarenka z laski wanilii (użyłam ekstraktu )
- 150 ml kremówki
- łyżka żelatyny
 
 
 
Twaróg mielimy przynajmniej dwukrotnie i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to czynność, której najbardziej nie lubię przy pieczeniu..
.Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i po ostudzeniu mieszamy z twarogiem dodając ziarenka wanilii.
Żelatynę rozpuszczamy w niewielkiej ilości gorącej wody i dodajemy do masy.
 Idealnie sprawdził się sposób Doroty : żelatynę wlewamy do miski i dodając po 1 łyżce masy mieszamy.
 Nic się nie zważyło.
Gotową masę przelewamy do tortownicy (18 cm) wyłożonej papierem do pieczenia, na wierzchu układamy truskawki i wstawiamy do lodówki do stężenia.
Ja kawałki na talerzykach posypałam wiórkami czekolady.
 
SMACZNEGO!!!
 


 

24 marca 2014

Meat free Mondays, czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona czternasta. Pieczone bataty i quinoa ze szpiankiem.

 
 
Kolejny bezmięsny poniedziałek nastąpił. W tym przypadku  bardzo się cieszę z szybko upływającego czasu ponieważ już w sobotę przyleci do nas moja Mama. Bardzo dawno się nie widziałyśmy, my ostatnio w Polsce byliśmy w wakacje i też nie tak długo jak zwykle, ponieważ część wolnego wykorzystaliśmy na pobyt we Włoszech. Bardzo się za Mamą stęskniłam i bardzo się cieszę że dała się namówić na wizytę u nas. Mam nadzieję że pogoda dopisze i spędzimy miło czas. Z Mamą przylatuje również kuzyn i kuzynka (to ich pierwsza wizyta w UK) i planuję zabrać wszystkich w kilka pięknych miejsc, bo takich nie brakuje.
 
A tymczasem dziecko nam się rozchorowało. Jeszcze kilka dni temu cieszyliśmy się, że prawie 1,5 roku obeszło się bez antybiotyku dla Banci. Młodsza córka bardzo łatwo "łapie" wszelkie infekcje, ale odkąd zaczęliśmy stosować domowej roboty miksturę na przeziębienia ( miód, czosnek, imbir, cytryna) przez dość długi czas było zdrowo i bez opuszczania szkoły. Podejrzewam że któregoś dnia w szkole pani pozwoliła dzieciom wyjść na boisko bez kurtek no i jest, Bianca kaszle okropnie. Mam nadzieję że i tym razem obejdzie się bez antybiotyku.
 
Pewnie nikt z Was nie ma ochoty czytać o chorobach, przechodzę więc do sedna. Słodkie ziemniaki uwielbiam, pojawiają się w naszej kuchni dość często, zupa z nich i ciecierzycy ( klik ) to sprawdzony sposób na szybki obiad, uwielbia też pieczone z nich frytki. Dzisiejsza propozycja to bataty nadziewane komosą ryżową, która również już na stałe zagościła na naszym stole.
 
 
 
 
 
 
 
 
Składniki:
 
- 2 słodkie ziemniaki średniej wielkości
- szklanka ugotowanej quiona
- garść szpinaku
- sól, pieprz, szczypta pieprzu cayenne
- ziarna słonecznika
- ser żółty
- kiełki do podania
 
Ziemniaki dokładnie myjemy i nakłuwamy, układamy w naczyniu żaroodpornym i wstawiamy do piekarnika (190 st.) na ok. 40 - 60 min. w zależności od ich wielkości.
 Po upieczeniu wyjmujemy (piekarnika nie wyłączamy) i kiedy już są na tyle zimne aby je utrzymać w dłoniach, przekrajamy na pół i wydrążamy miąższ, pozostawiając cienką warstwę przy skórce.
Do miski wsypujemy komosę, dodajemy umyty, osuszony i posiekany szpinak oraz pokrojony miąższ ziemniaków.
Przyprawiamy do smaku.
Powstałą sałatką nadziewamy ziemniaki, posypujemy startym serem i ziarnami słonecznika i wstawiamy do piekarnika (można zmniejszyć temperaturę do 170 st.).
Zapiekamy przez 15 minut, do rozpuszczenia sera.
Podajemy z kiełkami, u nas rzodkiewki, podkręcają smak dania.
 Idealnie pasuje też  do nich sos czosnkowy.
 
 
 
SMACZNEGO!!!!

20 marca 2014

Jem na zdrowie. Deser z kaszą jaglaną i jabłkiem.

Chyba powinnam zmienić nazwę bloga, bo to już nie jest tylko blog Matki Polki w UK ale Matki Polki, która stara się siebie i swoją rodzinę odżywiać w jak najzdrowszy sposób.  Doszłam do wniosku, że mieszkając w Anglii z jednej strony jest łatwo wprowadzić zmiany w życie, z drugiej ciężko. Mówię o jedzeniu oczywiście. Łatwo, ponieważ mamy duży dostęp do organicznych farm i sklepów (zarówno tych stacjonarnych jak i online), które taką żywność oferują  i możemy sobie na takie zakupy pozwolić ( bez szaleństw :) Z drugiej strony trudno, ponieważ ze sklepowych półek aż wylewają się różnego rodzaju słodkości, chipsy, gotowe dania obiadowe (wystarczy podgrzać w mikrofali ), półprodukty i inne rzeczy, które niestety nie są dobre dla naszego organizmu. Słodycze są bardzo tanie, za jednego funta można sobie kupić 6-pak batoników i niestety, wiele osób daje się na takie promocje naciągnąć, szczególnie jeśli się robi zakupy z dziećmi. A wiadomo, słodycze w szafce = zjedzone słodycze. Na nasze szczęście  wyprawy do marketów ograniczamy do minimum, organiczne warzywa i kurczaka dowozi nam farma, jajka i mleko kupujemy na farmie, gdzie nie kuszą kolorowe opakowania słodkości za to słychać gdakanie kur łażących po trawie i muczenie ich koleżanek - krów.  W weekend pozwalamy sobie na małe grzeszki ale i wtedy przeważnie jest to domowe ciasto lub dobrej jakości lody. Lub jedno i drugie.
Warto poczytać o wpływie cukru, konserwantów, pestycydów i wszystkich innych rzeczy, jakie teraz znajdują się w tym, co jemy. Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, że jedząc np. łososia uprawianego na farmie wyrządzamy sobie więcej szkody, niż pożytku. W sieci jest mnóstwo informacji na ten temat, poczytajcie o tym, czego nie dowiemy się od producentów żywności. Większość naszych znajomych znacząco puka się w głowę kiedy próbujemy tłumaczyć jak jest naprawdę, ale są też tacy, którzy zaczęli się zastanawiać i wprowadzać choćby małe zmiany w swoim życiu (pozdrowienia dla Asi !! ). Sama do niedawna byłam obojętna i jednym uchem wpuszczałam a drugim wypuszczałam wywody mojego męża, nadszedł jednak czas i na mnie i w końcu uwierzyłam, że jestem tym, co jem. I zgodnie z tym powiedzeniem zapraszam Was dziś na deser. Kasza jaglana przeżywa szczyty popularności, mnóstwo jej na blogach i w kuchniach. i bardzo dobrze, bo jest bardzo zdrowa. Sprawdza się zarówno w daniach wytrawnych jak i deserach, w co niektórym ciężko uwierzyć. Deser jest prosty w wykonaniu i smakuje nawet dzieciom.
 
 
 
 
 
 
Składniki:
 
- 2 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
- mleko roślinne (migdałowe, ryżowe, kokosowe)
- 4 jabłka
- laska wanilii
- cynamon, xylitol
- garść orzechów
 
Kaszę wsypujemy do garnka i zalewamy mlekiem.
 Z wanilii wyłuskujemy ziarenka i dodajemy do kaszy.
Słodzimy do smaku xylitolem (lub po zdjęciu z ognia - miodem) i chwilę gotujemy.
Blenderem miksujemy na gładką masę.
Jabłka obieramy, kroimy w kostkę i wrzucamy do garnka, zalewamy odrobiną wody.
 Dodajemy cynamon i xylitol (ok. 2 łyżek) i gotujemy do miękkości.
Można na końcu zmiksować ,ale nie jest to konieczne.
W pucharku układamy warstwę kaszy, jabłek i znowu kaszy.
Posypujemy ulubionymi orzechami, posiekanymi.
 
 
 
 
SMACZNEGO!!!

17 marca 2014

Meat free Mondays, czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona trzynasta. Humus z pieczonym czosnkiem.

 
 
Weekend, weekend i po weekendzie. Jak to zwykle bywa, przeleciał niepostrzeżenie i zdecydowanie za szybko. Udało nam się wybrać na drugą w tym roku krajoznawczą wyprawę, pogoda póki co dopisuje, trzeba więc korzystać. Pojechaliśmy nad wodospad Pistyll Rhaeadr, urocze miejsce, choć jeszcze nie tak urocze jak pełną wiosną, kiedy zieleń wybucha z całą mocą. Jeśli czas pozwoli, powrócę do pisania na temat naszych wycieczek i podzielę się z Wami zdjęciami.
 
 
 
A tymczasem zapraszam Was na niedawno odkrytego przeze mnie bloga z mnóstwem pięknych zdjęć i przepisów tutaj. Tam właśnie natknęłam się na humus z pieczonym czosnkiem, a że do ostatniej dostawy organicznych warzyw dołożono nam główkę ( a właściwie to głowę, tak duże są ) czosnku (pewnie przez pomyłkę ) to szukałam dla niego zastosowania. Co prawda po pieczeniu czosnku w piekarniku trzeba dokładnie wietrzyć CAŁY dom ale myślę, że warto. Mąż też tak myśli :)
 
Składniki:
 
- 2 główki czosnku
- puszka ciecierzycy
- 2 + 2 łyżki oliwy
- sok z połowy cytryny
- 2 łyżki tahini
- płaska łyżeczka soli
- zioła do podania (np. posiekana pietruszka)
 
 
 
 
Z czosnku usuwamy zewnętrzne warstwy, i nie rozdzielając główek ostrym nożem ścinamy każdej czubek.
Smarujemy oliwą (2 łyżki ze składników)  i pieczemy zawinięty w folię aluminiową w 170 st. przez ok 45 minut.
Po upieczeniu i ostudzeniu wyciskamy upieczony czosnek do pojemnika blendera/miseczki. Dodajemy odsączoną ciecierzycę i resztę składników ( z sokiem z cytryny ostrożnie, najlepiej dodać połowę i próbować) i całość miksujemy na gładką masę.
 Gotowy humus przekładamy do miseczki, polewamy oliwą i posypujemy posiekaną zieleniną lub, jeśli jej pod ręką nie mamy, ziarnami sezamu.
 Podajemy z krakersami lub pitą.
 
 
 
 
SMACZNEGO!!!
 

11 marca 2014

Razowe ciastka z cynamonem i wiosna, nareszcie !

 
 
 
 
Zaskakujące, jak bardzo może zmienić się podejście człowieka do życia kiedy tylko zaświeci słońce. W tym roku zima w UK była wyjątkowo paskudna, właściwie nie zima a to, co powinno nią być. Wieczne deszcze i przerażające wiatry dały nam w kość, więc tym bardziej cieszymy się ze świecącego od kilku dni słońca. Można naładować baterie na kolejne deszczowe dni, które, nie łudźmy się, na pewno nadejdą.
Wiosna to czas porządków w domach, ogródkach (już słychać kosiarki :) a dla mnie także w życiu. Czas porzucić smutne myśli, szukać pozytywów każdego dnia, otoczyć się ludźmi którzy nas szczerze lubią i kochają a odstawić tych, którzy tylko udają. I mieć nadzieję, że będzie dobrze !
 
Na początek wiosny, być może niezupełnie wiosenne - ciastka. To trzeci raz, kiedy je piekę. Pierwszy - zupełna klapa, skorzystałam z przepisu dołączonego do stempla, zupełnie nie pomyślałam, że dodatek proszku do pieczenia całkowicie zepsuje ideę tego stempla, ponieważ ciacha urosną i napis zniknie.
Za drugim razem skorzystałam z przepisu Doroty z "Moich Wypieków" i było lepiej, niestety nie zdążyłam ciastek sfotografować, ponieważ były pieczone dla Julii i jej grupy Skautów na imprezę, gdzie miały być sprzedawane a dochód jest przeznaczony na potrzeby grupy (wycieczki, potrzebne materiały, itp. ). Większość rodziców postarała się i przyniosła wypieki, jednak nasze ciastka marnie prezentowały się w towarzystwie babeczek suto okraszonych lukrem, posypkami, polewami itd. No cóż, nie każdy stawia na zdrowie, jeśli o jedzenie chodzi. Podejrzewam, że ciastka wylądowały w koszu po zakończeniu imprezy, właściwie to mogliśmy je odkupić i skonsumować w domu.
Trzecie podejście nastąpiło wczoraj. Dziewczyny narzekają, że inne dzieci w szkole na lunch przynoszą chipsy, ciastka, czekoladki i inne słodkości. Wiem, że niektórym może to wydać się dziwne i nie na miejscu (usłyszałam nawet kiedyś, że odbieram dzieciom dzieciństwo, nie dając im słodyczy kiedy tylko poproszą o to) ale stosujemy w domu zasadę, że słodycze są tylko w weekend. Dlatego też do lunchu nie dostają batoników ani kupnych ciastek. Myślę, że dobrze na tym wychodzą. Ciastka upiekłam dla nich i cukier zastąpiłam ksylitolem. Zobaczymy jak im smakowały kiedy wrócą dziś ze szkoły :) Przepis, jak już wspominałam, pochodzi z książki "Moje wypieki i desery" za którą serdecznie dziękuję Ani.
 
 
 
Składniki:
 
- 250 g mąki pszennej razowej
- 125 g miękkiego masła
- 120 g brązowego drobnego cukru ( użyłam 40 g ksylitolu )
- 1 duże jajo
- 2 łyżki mleka
- 2 łyżeczki cynamonu
 
 
 
Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę.
Dodajemy jajko, ucieramy dalej.
 Mąkę mieszamy z cynamonem, dodajemy do masy, wlewamy mleko  i zagniatamy. (Dorota radzi robić to w mikserze).
Ciasto owinięte w folię wkładamy do lodówki na 30 minut.
Po tym czasie z ciasta odrywamy kawałki, formujemy w kulki (większe od orzecha włoskiego), lekko spłaszczamy, wierzch lekko oprószamy mąką (łatwiej jest wtedy odkleić ciasto od stempla) i odciskamy wzór.
Stempel róznież za każdym razem oprószamy mąką.  
Układamy na blasze wyłożonej papierem i pieczemy 15 minut w 200 st.
Pilnujemy ciastek, bo wg moich obserwacji lubią się szybko przypalić.
 
 
 
 
 

10 lutego 2014

Meat free Mondays, czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona trzynasta. Zupa z kopru włoskiego i gruszki.



- Co to jest, mamo?
- Zupa.
- A z czego?
- Nie pamiętam, jak chcesz to spróbuj.
...
- Dobra ?
- No.
- Chesz?
- Chcę. 

Po chwili, jedząca zupę Jula patrzy na otwartą na przepisie książkę i woła: " Mamoooo, a to z TEGO ta zupa jest?? 

Jaki z tego wniosek? A taki, że jeśli dzieci nie wiedzą, co jedzą, to zjedzą większość tego, co im się zaserwuje. Zupa krem to najlepszy sposób, aby przemycić do diety dziecka to, na co by inaczej nie spojrzały. Zupa z kopru włoskiego i gruszki tak Julii posmakowała że pewnego razu nawet zażyczyła sobie porcji w termosie na szkolny lunch. Nic, tylko się cieszyć i gotować. O dobroczynnych jego właściwościach możecie przeczytać np.  tutaj a ja przejdę do przepisu. Znalazłam go w książce "Honestly healthy" o której to wspominalam już wcześniej przy okazji ciastek

Składniki:

- duża bulwa kopru włoskiego
- spora gruszka lub dwie małe
- cebula
- ząbek czosnku
- 600 ml bulionu warzywnego
- oliwa

Olwię rozgrzewamy w garnku, wrzucamy posiekaną cebulę i czosnek, podsmażamy. 
Do cebuli wrzucamy posiekaną bulwę, chwilę razem smażymy. 
Dodajemy obraną i pokrojoną gruszkę, wlewamy bulion i całość dusimy do miękkości. 
Blenderem miksujemy na gładki krem i doprawiamy świeżo zmielonym pieprzem. Podajemy z grzankami, których na zdjęciu brak ;)





SMACZNEGO!!!

Dawno się nie ogłaszałam więc zapraszam na stronę Matki Polki na FB  i na stronę z moimi wyszywankami, również na FB

04 lutego 2014

Słonecznik prażony.



Cały styczeń się zbierałam z powrotem na bloga. Styczeń minął, luty pędzi jak szalony, ani się obejrzymy jak nadejdzie Wielkanoc. Jestem winna przeprosiny czytelnikom bloga, nie złożyłam Wam życzeń...Święta w tym roku nie były dla nas zbyt wesołe, zabrakło radości związanej ze spędzaniem ich z rodziną. Niestety nie zawsze możemy poradzić cokolwiek na to, czym raczy nas nasz los. Na świąteczne życzenia  już za późno, noworoczne może jeszcze "przejdą" więc zarówno sobie jak i Wam życzę szerokiego uśmiechu na każdy dzień, dążenia do wyznaczonych sobie celów z podniesioną do góry głową  a nade wszystko tego, abyśmy potrafili cieszyć się tym, co mamy i doceniać to oraz być szczęśliwymi nie raniąc przy tym innych.



Dziś chciałam podzielić się z Wami pomysłem na prosty słonecznik. Wiem, że to takie zwykłe i proste ale właśnie na takie rzeczy często najtrudniej nam wpaść. Być może komuś pomysł się spodoba. Kilka miesięcy temu pierwszy raz przyrządził go mój mąż, od tego czasu przepadłam ja i nasze dziewczyny, śmiem twierdzić, że pestki są jeszcze lepsze od chipsów. Od których na szczęście się odzwyczajamy i stawiamy na zdrowsze przekąski i dzisiejszy słonecznik to jedna z nich. Oleju kokosowego biorącego udział w prażeniu używamy już od dawna, nie tylko w kuchni, ale o tym następnym razem. Baliśmy się że będzie problem z dziećmi, bo jak ogólnie wiadomo, ciężko je przekonać do jakichkolwiek wynalazków, szczególnie tych zdrowych, na szczęście nasze są otwarte na nowości i z zastąpieniem np. masła tym olejem nie było kłopotu.



Nad patelnią i prażącym się słonecznikiem trzeba trochę postać, bo lubi się przypalać, szczególnie wtedy, kiedy odwrócimy wzrok, ale warto.

 Potrzebujemy:

- szklanka ziaren słonecznika
- łyżeczka oleju kokosowego
- 1,5 łyżeczki soli (używamy różowej himalajskiej

Olej rozgrzewamy na patelni, wsypujemy słonecznik i sól, uzbrajamy się w drewnianą łyżkę i cierpliwość i prażymy ziarna na małym ogniu przez ok. 20 minut. 
 


SMACZNEGO!!!

17 grudnia 2013

Na przekór piernikom - ciastka orzechowe bez mąki, masła i cukru.





Pierniki są i u nas, a jakże. A raczej to, co z nich zostało. Wyszły tak cudnie mięciutkie że nie wytrzymują swojego własnego ciężaru i spadają z choinki. A jak już spadną, to wiadomo, leżeć nie będą. Pierwsza partia zostanie pożarta, zanim święta nadejdą, trzeba będzie upiec drugą. 

A  tymczasem, na przekór wszystkim przepisom na pierniczki, podzielę się z Wami ciastkami orzechowymi. Są idealne na "po świętach" aby dać naszemu organizmowi dopocząć od smacznych, ale często ciężkich świątecznych potraw. Przepis pochodzi z książki "Honestly healthy" zawierąjącej wskazówki jak odżywiać się wg diety alkalicznej (zasadowej) o której napiszę więcej po świętach. A ciacha szczerze polecam, właśnie mąż dzwonił z pracy i przekazał słowa zdziwienia od kolegów, że "ciastka bez cukru i masła a takie dobre". No bo dobre !

Składniki:

- 135 g orzechów brazylijskich
- 250 g migdałów
- 80 g płatków kokosowych
- 175 g suszonych śliwek
- 85 g suszonych moreli
- 30 g ziaren słonecznika
- 40 g ziaren dyni
- skórka otarta z 1 cytryny
- 2 łyżki soku jabłkowego 



Do wykonania tych ciastek potrzebować będziemy robota kuchennego z misą i nożami.
Wszystkie składniki wrzucamy do misy, uruchamiamy robota i czekamy aż orzechy połączą się w miarę jednolitą masę tak, aby dało się z niej formować kulki. 
Byłam pełna obaw co do tego, czy się to uda, ale udało się. 
Masę formujemy w kulki (wielkości dwóch orzechów włoskich ) i kładąc na blasze wyłożonej papierem, spłaszczamy je.
 Pieczemy ciastka przez 15 minut w nagrzanym do 150 st. piekarniku.
 Przyszło mi do głowy, że można ciastka udekorować roztopioną ciemną czekoladą, ale ten patent wypróbuję następnym razem. Bo na pewno będzie!




SMACZNEGO!!!