24 marca 2014

Meat free Mondays, czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona czternasta. Pieczone bataty i quinoa ze szpiankiem.

 
 
Kolejny bezmięsny poniedziałek nastąpił. W tym przypadku  bardzo się cieszę z szybko upływającego czasu ponieważ już w sobotę przyleci do nas moja Mama. Bardzo dawno się nie widziałyśmy, my ostatnio w Polsce byliśmy w wakacje i też nie tak długo jak zwykle, ponieważ część wolnego wykorzystaliśmy na pobyt we Włoszech. Bardzo się za Mamą stęskniłam i bardzo się cieszę że dała się namówić na wizytę u nas. Mam nadzieję że pogoda dopisze i spędzimy miło czas. Z Mamą przylatuje również kuzyn i kuzynka (to ich pierwsza wizyta w UK) i planuję zabrać wszystkich w kilka pięknych miejsc, bo takich nie brakuje.
 
A tymczasem dziecko nam się rozchorowało. Jeszcze kilka dni temu cieszyliśmy się, że prawie 1,5 roku obeszło się bez antybiotyku dla Banci. Młodsza córka bardzo łatwo "łapie" wszelkie infekcje, ale odkąd zaczęliśmy stosować domowej roboty miksturę na przeziębienia ( miód, czosnek, imbir, cytryna) przez dość długi czas było zdrowo i bez opuszczania szkoły. Podejrzewam że któregoś dnia w szkole pani pozwoliła dzieciom wyjść na boisko bez kurtek no i jest, Bianca kaszle okropnie. Mam nadzieję że i tym razem obejdzie się bez antybiotyku.
 
Pewnie nikt z Was nie ma ochoty czytać o chorobach, przechodzę więc do sedna. Słodkie ziemniaki uwielbiam, pojawiają się w naszej kuchni dość często, zupa z nich i ciecierzycy ( klik ) to sprawdzony sposób na szybki obiad, uwielbia też pieczone z nich frytki. Dzisiejsza propozycja to bataty nadziewane komosą ryżową, która również już na stałe zagościła na naszym stole.
 
 
 
 
 
 
 
 
Składniki:
 
- 2 słodkie ziemniaki średniej wielkości
- szklanka ugotowanej quiona
- garść szpinaku
- sól, pieprz, szczypta pieprzu cayenne
- ziarna słonecznika
- ser żółty
- kiełki do podania
 
Ziemniaki dokładnie myjemy i nakłuwamy, układamy w naczyniu żaroodpornym i wstawiamy do piekarnika (190 st.) na ok. 40 - 60 min. w zależności od ich wielkości.
 Po upieczeniu wyjmujemy (piekarnika nie wyłączamy) i kiedy już są na tyle zimne aby je utrzymać w dłoniach, przekrajamy na pół i wydrążamy miąższ, pozostawiając cienką warstwę przy skórce.
Do miski wsypujemy komosę, dodajemy umyty, osuszony i posiekany szpinak oraz pokrojony miąższ ziemniaków.
Przyprawiamy do smaku.
Powstałą sałatką nadziewamy ziemniaki, posypujemy startym serem i ziarnami słonecznika i wstawiamy do piekarnika (można zmniejszyć temperaturę do 170 st.).
Zapiekamy przez 15 minut, do rozpuszczenia sera.
Podajemy z kiełkami, u nas rzodkiewki, podkręcają smak dania.
 Idealnie pasuje też  do nich sos czosnkowy.
 
 
 
SMACZNEGO!!!!

20 marca 2014

Jem na zdrowie. Deser z kaszą jaglaną i jabłkiem.

Chyba powinnam zmienić nazwę bloga, bo to już nie jest tylko blog Matki Polki w UK ale Matki Polki, która stara się siebie i swoją rodzinę odżywiać w jak najzdrowszy sposób.  Doszłam do wniosku, że mieszkając w Anglii z jednej strony jest łatwo wprowadzić zmiany w życie, z drugiej ciężko. Mówię o jedzeniu oczywiście. Łatwo, ponieważ mamy duży dostęp do organicznych farm i sklepów (zarówno tych stacjonarnych jak i online), które taką żywność oferują  i możemy sobie na takie zakupy pozwolić ( bez szaleństw :) Z drugiej strony trudno, ponieważ ze sklepowych półek aż wylewają się różnego rodzaju słodkości, chipsy, gotowe dania obiadowe (wystarczy podgrzać w mikrofali ), półprodukty i inne rzeczy, które niestety nie są dobre dla naszego organizmu. Słodycze są bardzo tanie, za jednego funta można sobie kupić 6-pak batoników i niestety, wiele osób daje się na takie promocje naciągnąć, szczególnie jeśli się robi zakupy z dziećmi. A wiadomo, słodycze w szafce = zjedzone słodycze. Na nasze szczęście  wyprawy do marketów ograniczamy do minimum, organiczne warzywa i kurczaka dowozi nam farma, jajka i mleko kupujemy na farmie, gdzie nie kuszą kolorowe opakowania słodkości za to słychać gdakanie kur łażących po trawie i muczenie ich koleżanek - krów.  W weekend pozwalamy sobie na małe grzeszki ale i wtedy przeważnie jest to domowe ciasto lub dobrej jakości lody. Lub jedno i drugie.
Warto poczytać o wpływie cukru, konserwantów, pestycydów i wszystkich innych rzeczy, jakie teraz znajdują się w tym, co jemy. Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, że jedząc np. łososia uprawianego na farmie wyrządzamy sobie więcej szkody, niż pożytku. W sieci jest mnóstwo informacji na ten temat, poczytajcie o tym, czego nie dowiemy się od producentów żywności. Większość naszych znajomych znacząco puka się w głowę kiedy próbujemy tłumaczyć jak jest naprawdę, ale są też tacy, którzy zaczęli się zastanawiać i wprowadzać choćby małe zmiany w swoim życiu (pozdrowienia dla Asi !! ). Sama do niedawna byłam obojętna i jednym uchem wpuszczałam a drugim wypuszczałam wywody mojego męża, nadszedł jednak czas i na mnie i w końcu uwierzyłam, że jestem tym, co jem. I zgodnie z tym powiedzeniem zapraszam Was dziś na deser. Kasza jaglana przeżywa szczyty popularności, mnóstwo jej na blogach i w kuchniach. i bardzo dobrze, bo jest bardzo zdrowa. Sprawdza się zarówno w daniach wytrawnych jak i deserach, w co niektórym ciężko uwierzyć. Deser jest prosty w wykonaniu i smakuje nawet dzieciom.
 
 
 
 
 
 
Składniki:
 
- 2 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
- mleko roślinne (migdałowe, ryżowe, kokosowe)
- 4 jabłka
- laska wanilii
- cynamon, xylitol
- garść orzechów
 
Kaszę wsypujemy do garnka i zalewamy mlekiem.
 Z wanilii wyłuskujemy ziarenka i dodajemy do kaszy.
Słodzimy do smaku xylitolem (lub po zdjęciu z ognia - miodem) i chwilę gotujemy.
Blenderem miksujemy na gładką masę.
Jabłka obieramy, kroimy w kostkę i wrzucamy do garnka, zalewamy odrobiną wody.
 Dodajemy cynamon i xylitol (ok. 2 łyżek) i gotujemy do miękkości.
Można na końcu zmiksować ,ale nie jest to konieczne.
W pucharku układamy warstwę kaszy, jabłek i znowu kaszy.
Posypujemy ulubionymi orzechami, posiekanymi.
 
 
 
 
SMACZNEGO!!!

17 marca 2014

Meat free Mondays, czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona trzynasta. Humus z pieczonym czosnkiem.

 
 
Weekend, weekend i po weekendzie. Jak to zwykle bywa, przeleciał niepostrzeżenie i zdecydowanie za szybko. Udało nam się wybrać na drugą w tym roku krajoznawczą wyprawę, pogoda póki co dopisuje, trzeba więc korzystać. Pojechaliśmy nad wodospad Pistyll Rhaeadr, urocze miejsce, choć jeszcze nie tak urocze jak pełną wiosną, kiedy zieleń wybucha z całą mocą. Jeśli czas pozwoli, powrócę do pisania na temat naszych wycieczek i podzielę się z Wami zdjęciami.
 
 
 
A tymczasem zapraszam Was na niedawno odkrytego przeze mnie bloga z mnóstwem pięknych zdjęć i przepisów tutaj. Tam właśnie natknęłam się na humus z pieczonym czosnkiem, a że do ostatniej dostawy organicznych warzyw dołożono nam główkę ( a właściwie to głowę, tak duże są ) czosnku (pewnie przez pomyłkę ) to szukałam dla niego zastosowania. Co prawda po pieczeniu czosnku w piekarniku trzeba dokładnie wietrzyć CAŁY dom ale myślę, że warto. Mąż też tak myśli :)
 
Składniki:
 
- 2 główki czosnku
- puszka ciecierzycy
- 2 + 2 łyżki oliwy
- sok z połowy cytryny
- 2 łyżki tahini
- płaska łyżeczka soli
- zioła do podania (np. posiekana pietruszka)
 
 
 
 
Z czosnku usuwamy zewnętrzne warstwy, i nie rozdzielając główek ostrym nożem ścinamy każdej czubek.
Smarujemy oliwą (2 łyżki ze składników)  i pieczemy zawinięty w folię aluminiową w 170 st. przez ok 45 minut.
Po upieczeniu i ostudzeniu wyciskamy upieczony czosnek do pojemnika blendera/miseczki. Dodajemy odsączoną ciecierzycę i resztę składników ( z sokiem z cytryny ostrożnie, najlepiej dodać połowę i próbować) i całość miksujemy na gładką masę.
 Gotowy humus przekładamy do miseczki, polewamy oliwą i posypujemy posiekaną zieleniną lub, jeśli jej pod ręką nie mamy, ziarnami sezamu.
 Podajemy z krakersami lub pitą.
 
 
 
 
SMACZNEGO!!!
 

11 marca 2014

Razowe ciastka z cynamonem i wiosna, nareszcie !

 
 
 
 
Zaskakujące, jak bardzo może zmienić się podejście człowieka do życia kiedy tylko zaświeci słońce. W tym roku zima w UK była wyjątkowo paskudna, właściwie nie zima a to, co powinno nią być. Wieczne deszcze i przerażające wiatry dały nam w kość, więc tym bardziej cieszymy się ze świecącego od kilku dni słońca. Można naładować baterie na kolejne deszczowe dni, które, nie łudźmy się, na pewno nadejdą.
Wiosna to czas porządków w domach, ogródkach (już słychać kosiarki :) a dla mnie także w życiu. Czas porzucić smutne myśli, szukać pozytywów każdego dnia, otoczyć się ludźmi którzy nas szczerze lubią i kochają a odstawić tych, którzy tylko udają. I mieć nadzieję, że będzie dobrze !
 
Na początek wiosny, być może niezupełnie wiosenne - ciastka. To trzeci raz, kiedy je piekę. Pierwszy - zupełna klapa, skorzystałam z przepisu dołączonego do stempla, zupełnie nie pomyślałam, że dodatek proszku do pieczenia całkowicie zepsuje ideę tego stempla, ponieważ ciacha urosną i napis zniknie.
Za drugim razem skorzystałam z przepisu Doroty z "Moich Wypieków" i było lepiej, niestety nie zdążyłam ciastek sfotografować, ponieważ były pieczone dla Julii i jej grupy Skautów na imprezę, gdzie miały być sprzedawane a dochód jest przeznaczony na potrzeby grupy (wycieczki, potrzebne materiały, itp. ). Większość rodziców postarała się i przyniosła wypieki, jednak nasze ciastka marnie prezentowały się w towarzystwie babeczek suto okraszonych lukrem, posypkami, polewami itd. No cóż, nie każdy stawia na zdrowie, jeśli o jedzenie chodzi. Podejrzewam, że ciastka wylądowały w koszu po zakończeniu imprezy, właściwie to mogliśmy je odkupić i skonsumować w domu.
Trzecie podejście nastąpiło wczoraj. Dziewczyny narzekają, że inne dzieci w szkole na lunch przynoszą chipsy, ciastka, czekoladki i inne słodkości. Wiem, że niektórym może to wydać się dziwne i nie na miejscu (usłyszałam nawet kiedyś, że odbieram dzieciom dzieciństwo, nie dając im słodyczy kiedy tylko poproszą o to) ale stosujemy w domu zasadę, że słodycze są tylko w weekend. Dlatego też do lunchu nie dostają batoników ani kupnych ciastek. Myślę, że dobrze na tym wychodzą. Ciastka upiekłam dla nich i cukier zastąpiłam ksylitolem. Zobaczymy jak im smakowały kiedy wrócą dziś ze szkoły :) Przepis, jak już wspominałam, pochodzi z książki "Moje wypieki i desery" za którą serdecznie dziękuję Ani.
 
 
 
Składniki:
 
- 250 g mąki pszennej razowej
- 125 g miękkiego masła
- 120 g brązowego drobnego cukru ( użyłam 40 g ksylitolu )
- 1 duże jajo
- 2 łyżki mleka
- 2 łyżeczki cynamonu
 
 
 
Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę.
Dodajemy jajko, ucieramy dalej.
 Mąkę mieszamy z cynamonem, dodajemy do masy, wlewamy mleko  i zagniatamy. (Dorota radzi robić to w mikserze).
Ciasto owinięte w folię wkładamy do lodówki na 30 minut.
Po tym czasie z ciasta odrywamy kawałki, formujemy w kulki (większe od orzecha włoskiego), lekko spłaszczamy, wierzch lekko oprószamy mąką (łatwiej jest wtedy odkleić ciasto od stempla) i odciskamy wzór.
Stempel róznież za każdym razem oprószamy mąką.  
Układamy na blasze wyłożonej papierem i pieczemy 15 minut w 200 st.
Pilnujemy ciastek, bo wg moich obserwacji lubią się szybko przypalić.
 
 
 
 
 

10 lutego 2014

Meat free Mondays, czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona trzynasta. Zupa z kopru włoskiego i gruszki.



- Co to jest, mamo?
- Zupa.
- A z czego?
- Nie pamiętam, jak chcesz to spróbuj.
...
- Dobra ?
- No.
- Chesz?
- Chcę. 

Po chwili, jedząca zupę Jula patrzy na otwartą na przepisie książkę i woła: " Mamoooo, a to z TEGO ta zupa jest?? 

Jaki z tego wniosek? A taki, że jeśli dzieci nie wiedzą, co jedzą, to zjedzą większość tego, co im się zaserwuje. Zupa krem to najlepszy sposób, aby przemycić do diety dziecka to, na co by inaczej nie spojrzały. Zupa z kopru włoskiego i gruszki tak Julii posmakowała że pewnego razu nawet zażyczyła sobie porcji w termosie na szkolny lunch. Nic, tylko się cieszyć i gotować. O dobroczynnych jego właściwościach możecie przeczytać np.  tutaj a ja przejdę do przepisu. Znalazłam go w książce "Honestly healthy" o której to wspominalam już wcześniej przy okazji ciastek

Składniki:

- duża bulwa kopru włoskiego
- spora gruszka lub dwie małe
- cebula
- ząbek czosnku
- 600 ml bulionu warzywnego
- oliwa

Olwię rozgrzewamy w garnku, wrzucamy posiekaną cebulę i czosnek, podsmażamy. 
Do cebuli wrzucamy posiekaną bulwę, chwilę razem smażymy. 
Dodajemy obraną i pokrojoną gruszkę, wlewamy bulion i całość dusimy do miękkości. 
Blenderem miksujemy na gładki krem i doprawiamy świeżo zmielonym pieprzem. Podajemy z grzankami, których na zdjęciu brak ;)





SMACZNEGO!!!

Dawno się nie ogłaszałam więc zapraszam na stronę Matki Polki na FB  i na stronę z moimi wyszywankami, również na FB

04 lutego 2014

Słonecznik prażony.



Cały styczeń się zbierałam z powrotem na bloga. Styczeń minął, luty pędzi jak szalony, ani się obejrzymy jak nadejdzie Wielkanoc. Jestem winna przeprosiny czytelnikom bloga, nie złożyłam Wam życzeń...Święta w tym roku nie były dla nas zbyt wesołe, zabrakło radości związanej ze spędzaniem ich z rodziną. Niestety nie zawsze możemy poradzić cokolwiek na to, czym raczy nas nasz los. Na świąteczne życzenia  już za późno, noworoczne może jeszcze "przejdą" więc zarówno sobie jak i Wam życzę szerokiego uśmiechu na każdy dzień, dążenia do wyznaczonych sobie celów z podniesioną do góry głową  a nade wszystko tego, abyśmy potrafili cieszyć się tym, co mamy i doceniać to oraz być szczęśliwymi nie raniąc przy tym innych.



Dziś chciałam podzielić się z Wami pomysłem na prosty słonecznik. Wiem, że to takie zwykłe i proste ale właśnie na takie rzeczy często najtrudniej nam wpaść. Być może komuś pomysł się spodoba. Kilka miesięcy temu pierwszy raz przyrządził go mój mąż, od tego czasu przepadłam ja i nasze dziewczyny, śmiem twierdzić, że pestki są jeszcze lepsze od chipsów. Od których na szczęście się odzwyczajamy i stawiamy na zdrowsze przekąski i dzisiejszy słonecznik to jedna z nich. Oleju kokosowego biorącego udział w prażeniu używamy już od dawna, nie tylko w kuchni, ale o tym następnym razem. Baliśmy się że będzie problem z dziećmi, bo jak ogólnie wiadomo, ciężko je przekonać do jakichkolwiek wynalazków, szczególnie tych zdrowych, na szczęście nasze są otwarte na nowości i z zastąpieniem np. masła tym olejem nie było kłopotu.



Nad patelnią i prażącym się słonecznikiem trzeba trochę postać, bo lubi się przypalać, szczególnie wtedy, kiedy odwrócimy wzrok, ale warto.

 Potrzebujemy:

- szklanka ziaren słonecznika
- łyżeczka oleju kokosowego
- 1,5 łyżeczki soli (używamy różowej himalajskiej

Olej rozgrzewamy na patelni, wsypujemy słonecznik i sól, uzbrajamy się w drewnianą łyżkę i cierpliwość i prażymy ziarna na małym ogniu przez ok. 20 minut. 
 


SMACZNEGO!!!

17 grudnia 2013

Na przekór piernikom - ciastka orzechowe bez mąki, masła i cukru.





Pierniki są i u nas, a jakże. A raczej to, co z nich zostało. Wyszły tak cudnie mięciutkie że nie wytrzymują swojego własnego ciężaru i spadają z choinki. A jak już spadną, to wiadomo, leżeć nie będą. Pierwsza partia zostanie pożarta, zanim święta nadejdą, trzeba będzie upiec drugą. 

A  tymczasem, na przekór wszystkim przepisom na pierniczki, podzielę się z Wami ciastkami orzechowymi. Są idealne na "po świętach" aby dać naszemu organizmowi dopocząć od smacznych, ale często ciężkich świątecznych potraw. Przepis pochodzi z książki "Honestly healthy" zawierąjącej wskazówki jak odżywiać się wg diety alkalicznej (zasadowej) o której napiszę więcej po świętach. A ciacha szczerze polecam, właśnie mąż dzwonił z pracy i przekazał słowa zdziwienia od kolegów, że "ciastka bez cukru i masła a takie dobre". No bo dobre !

Składniki:

- 135 g orzechów brazylijskich
- 250 g migdałów
- 80 g płatków kokosowych
- 175 g suszonych śliwek
- 85 g suszonych moreli
- 30 g ziaren słonecznika
- 40 g ziaren dyni
- skórka otarta z 1 cytryny
- 2 łyżki soku jabłkowego 



Do wykonania tych ciastek potrzebować będziemy robota kuchennego z misą i nożami.
Wszystkie składniki wrzucamy do misy, uruchamiamy robota i czekamy aż orzechy połączą się w miarę jednolitą masę tak, aby dało się z niej formować kulki. 
Byłam pełna obaw co do tego, czy się to uda, ale udało się. 
Masę formujemy w kulki (wielkości dwóch orzechów włoskich ) i kładąc na blasze wyłożonej papierem, spłaszczamy je.
 Pieczemy ciastka przez 15 minut w nagrzanym do 150 st. piekarniku.
 Przyszło mi do głowy, że można ciastka udekorować roztopioną ciemną czekoladą, ale ten patent wypróbuję następnym razem. Bo na pewno będzie!




SMACZNEGO!!!

12 grudnia 2013

Handmade Christmas czyli własnoręczne ozdoby świąteczne. Gwiazdki z gałązek.




W zeszłym roku zapisałam kilka stron pomysłów na ozdoby świąteczne. Kilka udało mi się zrealizować, większości nie. Myślałam -  w przyszłym roku się uda . Ale w przyszłym roku kartek przybyło, a czasu wolnego nie. Na dodatek tak się jakoś składa, że nic się nie układa. Smutne wydarzenia, przykre wiadomości, niespodziewane i stresujące zdarzenia, wszystko to sprawia, że święta tak nie cieszą. Co prawda nastrój trochę mi się poprawił kiedy przytargaliśmy do domu wielką choinkę i z powodzeniem osadziliśmy ją w bujającym się stojaku, ale wciąż jeszcze mi daleko do wielkiej radości. Jest jeszcze kilka dni, może zapach upieczonych pierniczków i jeszcze kilka samodzielnie wykonanych dekoracji tą radość przywróci...



Dziś chciałam Wam polecić wykonanie naturalnych gwiazdek. Podczas spaceru nazbierałyśmy z Biancą gałązek, które pierwotnie miały służyć do tego, aby na nich coś powiesić. Niestety, okazały się za słabe (są to gałązki brzozy) więc wykorzystałam je inaczej. Jest z nimi trochę zabawy, ale wartej efektu. Wyglądają ślicznie, czego na zdjęciach oddać nie daję rady. 

Potrzebujemy:

- gałązki
- klej na gorąco
- nożyczki albo mały sekator

Gałązki tniemy na równe kawałki. 
Z trzech sklejamy trójkąt, z kolejnych trzech kolejny a te dwa w gwiazdkę. 
Przycianmy wystające kawałki i zwieszamy gwiazdki na żyłce. 

Proste? Proste :)





Mam nadzieję że u Was nastroje lepsze, przygotowania świąteczne w toku a czas leci wolniej niż u mnie. 


08 grudnia 2013

Handmade Christmas czyli własnoręczne ozdoby świąteczne . Gwiazdki z filcu.


Naprodukowałam się w tym roku tych gwiazdek, oj naprodukowałam. Pierwsze dostała w prezencie znajoma, której mamie tak się spodobały, że zamówiła cały zestaw dla swoich wigilijnych gości. Każda z gwiazdek została zapakowana w celofan i będzie położona obok talerzyka. Wg mnie to bardzo fajny pomysł i jeśli kiedyś będę miała okazję gościć u siebie na Wigilii rodzinę, na pewno z niego skorzystam. 




Jeśli posiadacie w domu maszynę do szycia, proponuję Wam uszycie takich gwiazdek. Nie zajmują dużo czasu, wypchać je można siedząc przed tv, albo zagonić męża (nawet nie wiedziałam, że mój osobisty będzie taki skory do pomagania ;) a efekt jest naprawdę świetny. Pięknie wyglądają na choince, co miałam okazję dziś zobaczyć u koleżanki od gwiazdek, a jutro, mam nadzięję i u siebie, jeśli tylko uda nam się umocować choinkę w stojaku. Potrzebne nam będą:

- biały filc
- sznurek
- gwiazdki z kory 
- klej na gorąco, wypychacz lub wata

Oprócz gwiazdek z filcu powstały też inne, kolorowe, z resztek świątecznych materiałów,  cudnie się prezentują na sztucznym drzewku. 







Jeszcze raz przypomnę propozycje z zeszłego roku, a w następnym poście podzielę się pomysłami na prezenty od serca. 



01 grudnia 2013

Handmade Christmas czyli własnoręczne ozdoby świąteczne. Wieniec na drzwi.




Bardzo z góry przepraszam tych, którzy wczorajszego posta widzieli i naawet skomentowali. Wziął i zniknął, a może to ja go niechcący usunęłam, bo grzebałam bezmyślnie w ustawieniach i czym tam jeszcze. Nie będę się już rozpisywać, bo co tu dużo pisać, wczoraj za dwie godziny miał być grudzień, dziś za dwie godziny już drugi dzień grudnia nastąpi. Ani się obejrzę, trzeba będzie jechać na lotnisko po świątecznych gości a potem już tylko czekać na święta. 

Jak co roku staram się wykonać samodzielnie ozdoby świąteczne, na tyle, na ile pozwala mi czas. Który pozwala  mi na niewiele bo ucieka i nie chce się zatrzymać choćby na chwilę.

 Pierwsza moja tegoroczna propozycja to wieniec na drzwi, chociaż nie wiem czy nazwa "wieniec' tutaj pasuje, bo to raczej kojarzy mi się z kwiatami. Ale innej nie ma więc niech tak zostanie. Nie udokumentowałam fotograficznie każdego kroku wykonania ozdoby, mam nadzieję że jeśli ktoś się zdecyduje na stworzenie swojego, nie będzie miał większych kłopotów. 

Potrzebne nam będą:

- styropianowa obręcz
- sznurek, dość gruby
- klej na gorąco
- papier do pakowania
- drobne ozdoby (gwiazdki, serduszka, bombki)





Styropianową oręcz dokładnie oklejamy papierem aby biały kolor nie prześwitywał spod sznurka. Raczej niewykonalne jest wykonanie tego za jednym zamachem z racji kształtu, dlatego powstałe w wieńcu przerwy należy uzupełnić pociętymi kawałkami sznurka, które mocjemy klejem. Gotową sznurkową bazę dekorujemy wg własnego uznania, ja wykorzystałam gwiazdki z kory i zwykłą czerwoną tasiemkę. Gwiazdki przyklejamy klejem, tasiemkę igłą i nitką, szczególnie tą część, która będzie służyła do zawieszania wieńca. 

Dla przypomnienia i być może inspiracji zeszłoroczne wytwory są tutaj:




23 listopada 2013

Ciasto migdałowo cytrynowe bez mąki.




Czy producenci artykułów wyposażenia domu się zmówili? Podpisali jakiś pakt, który nakazuje im produkować pralki, lodówki, odkurzacze i komputery w ten sposób, aby działały tylko 5 lat? Właśnie tyle czasu minęło odkąd wprowadziliśmy się do naszego własnego domu i wszystko zaczyna się sypać. I tak, jak bez wirującej pralki czy zbierającego śmieci odkurzacza można się obejść, tak bez komputera już trudniej. Co prawda istnieją jeszcze telefony z dostępem do internetu ale pisanie postów z ich wykorzystaniem to już wyższa szkoła jazdy. Przynajmniej dla mnie. Moja miesięczna nieobecność na blogu była spowodowana właśnie tym, że komputer postanowił przestać współpracować, wziął i się zepsuł. Kolega go odratował (ale nie zapisał nigdzie miliona moich zakładek w przeglądarce !!! ) więc korzystam i piszę posta. Dziś na słodko, następny, jeśli mi się uda, będzie świąteczny, a dokładniej świąteczno - dekoracyjny. 

Dzisiaj  polecam ciasto. Jak dla mnie nie jest tym "naj", bo nie przepadam za ciastami cytrynowymi, ale zrobiłam je na życzenie  męża. Posmakował go w naszej zaprzyjaźnionej jadłodajni, do której często wpadamy na ziemniaka z tuńczykiem i nie możemy się też oprzeć serwowanym tam słodkościom. Moje ciasto nie wyszło tak ciężkie i wilgotne, ale w sumie jest bardzo smaczne. Podane z kleksem bitej śmitany na pewno smakuje jeszcze  lepiej. Oryginał przepisu tutaj , możecie tam również podejrzeć propozycje dodatków do tego ciasta (pomarańczowy mascarpone i karmelizowane mandarynki), które ja pominęłam. 






Składniki:

- 225 g masła
- 225 g drobneo cukru (użyłam 170 g cukru trzcinowego i nadal było dość słodkie)
- 225 g zmielonych migdałów
- 3 jaja
- 115 g polenty błyskawicznej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia 
- 3 niewoskowane cytryny

Dodatkowo:

- cukier puder do posypania
- bita śmietana lub jogurt do podania

Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę. 
Dodajemy jajka, ciągle ucierając. 
Cytryny sparzamy, ścieramy skórkę i wyciskamy z nich sok. 
Do masy dodajemy, mieszając łyżką, migdały, polentę, proszek do pieczenia,  skórkę i sok z cytryny. Całość wyleamy do okrągłej ( 26 cm ) formy wyłożonej papierm do pieczenia i wstawiamy do piekarnika ( 160 st. ) na ok. 75 min. 
Jeśli ciasto mocno się zarumieni wcześniej, sprawdzamy patyczkiem czy jest upieczone. 
Po wyjęciu z piekarnika studzimy w formie przez 15 minut. 
Podajemy, jak wcześniej wspomniałam, z bitą śmietaną, jourtem, lub dodatkami proponowanymi w oryginalnym przepisie. 



14 października 2013

Meat free Mondays, czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona dwunasta. Kopytka z pasternaku.





Witajcie w poniedziałek. Chciałabym powiedzieć "w piękny jesienny poniedziałek" ale niestety nie mogę. Zawitała do nas typowa angielska jesień czyli deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. A do deszczu wiatr i niskie temperatury. Po pięknym lecie przyszedł czas na codzienną poranną walkę z zapinaniem kurtek, znajdywaniem czapek i pakowaniem szkolnych butów do torby aby maszerować w kaloszach. Niestety, na to nie mamy wpływu i powinniśmy odkrywać uroki jesieni nie zważając na jej szare strony. W kolejnych postach pojawi się moja ulubiona jesienią właśnie dynia, a dziś czas na nie mniej lubiany pasternak. Smakował wyśmienicie w cieście z orzechami , które bardzo polecam, smakuje równie dobrze w kopytkach, czy jak kto woli światowo - gnocchi. 

Składniki:

- 500 g pasternaku
- jajko
- mąka (użyłam orkiszowej pełnoziarnistej)
- galka muszkatołowa, sól, pieprz
- parmezan




Korzenie pasternaku myjemy i gotujemy w osolonej wodzie do miękkości. 
Po ostudzeniu obieramy i rozgniatamy (widelcem lub tłuczkiem do ziemniaków).
 Przyprawiamy solą, pieprzem i szczyptą (sporą) gałki. 
Dodajemy jajko i mieszamy.
Czas na mąkę. 
Można użyć zwykłej, białej. 
Dosypujemy jej, powoli mieszając,  tyle, aby ciasto było w miarę zwarte i dało się zagnieść w kulę. 
Kiedy już nam się to uda, z kuli odrywamy kawałek i formujemy w wałek, który następnie kroimy w kopytka. 
W garnku gotujemy posoloną wodę, a kiedy ta zacznie wrzeć, wrzucamy partiami kopytka. od chwili wypłynięcia gotujemy ok. 5 minut, wykładamy na sitko. 
Kopytka najlepiej smakują podsmażone na patelni i posypane parmezanem. 
Jeśli idea bezmięsnych poniedziałków nie jest Wam bliska, dodajcie do nich podsmażony boczek.
 


SMACZNEGO!!!

07 października 2013

Meat free Mondays czyli bezmięsne poniedziałki, odsłona jedenasta. Pasztet z ciecierzycy i pieczonej papryki.




Od pewnego czasu staramy się ograniczyć do minimum ilość spożywanych przez naszą rodzinę wędlin. Żyjemy w takich czasach, że właściwie mało co jest "bezpieczne" jeśli chodzi o jedzenie, przeważnie robimy swojemu organizmowi  więcej krzywdy niż przysługi zjadając to, co znajdujemy na półkach sklepowych. Wędliny są właśnie jednym  tych produktów, które powinniśmy omijać szerokim łukiem. Pełne chemii, dodatków i ulepszaczy nie są dla nas dobre. Świetnym ich zamiennikiem są wszelkiego rodzaju pasztety, które łatwo i szybko możemy przygotować w domu, najlepiej ze składników organicznych. Dzisiejszy niezbyt nadaje się do chleba, jest dość sycący ale świetnie smakuje z dodatkiem jakiejkolwiek zieleniny i z powodzeniem może zastąpić starą dobrą kanapkę z szynką, serwowaną na kolację. Polecam, niewiele z nim roboty, a efekt naprawdę świetny!


Składniki:

- 2 puszki ciecierzycy
- 2 papryki czerwone
- kilka suszonych pomidorów z zalewy
- 2 jaja
- pestki słonecznika
- sól, pieprz, oregano,  papryczka chilli



Ciecierzycę odsączamy na sitku. 
Paprykę myjemy, kroimy na pół, układamy w naczyniu żaroodpornym i pieczemy ok. 30 minut w 190 st. Wyciągamy, studzimy i obieramy ze skóry. 
Ciecierzycę wrzucamy do miski, dodajemy paprykę i pomidory. 
Przyprawiamy solą, pieprzem, oregano i posiekaną papryczką chilli. 
Blenderem miksujemy, masa nie musi być idealnie gładka. 
Mieszamy ją z roztrzepanymi jajkami, całość układamy w keksówce wyłożonej papierem do pieczenia, posypujemy słonecznikiem  i wkładamy do piekarnika na ok 35 minut (190 st). 
Po upieczeniu wyciągamy z foremki i studzimy na kratce. 
Pasztet jest dość kruchy, a przynajmniej mój taki wyszedł.




SMACZNEGO!!!

04 października 2013

Makaronowe muszle z ricottą i buraczkami.





Zabiegana jestem ostatnio. I to bardzo. Ale nie narzekam, bo lubię jak coś się dzieje. Nie znoszę lenistwa i nicnierobienia, nie potrafię się nudzić. Ponieważ (nie bójmy się tego głośno powiedzieć) wielkimi krokami zbliżają się Święta, w mojej pracowni się dzieje. W niedzielę biorę udział w moim pierwszym poważnym kiermaszu handmade, więc z nadzieją że moje wytwory się spodobają, spędzam całe dnie przy maszynie. W listopadzie szykuje się kilka kolejnych, więc mam co robić. Trzymajcie kciuki za niedzielę żebym nie straciła zapału i ochoty do następnych jarmarków :) A jeśli macie ochotę podejrzeć co powstaje w wyniku mojego romansu z maszyną zapraszam tutaj.



W przerwach na szycie pojawiam się w kuchni i kombinuję jak tu szybko i smacznie wyżywić rodzinę. Połączenie buraków i ricotty chodziło już za mną od dawna, pierwotnie nadzienie to miało znaleźć się w ravioli, ale po pierwszej  nieudanej próbie z ciastem do pierożków postanowiłam pójść na łatwiznę i kupić gotowy makaron. Szczerze i nieskromnie przyznam, że muszle wyszły pyszne i na pewno się spodobają wielbicielom buraków.


Składniki:

- pół opakowania makaronu muszli
- opakowanie ricotty
- 3 -4 średnie buraczki
- duża czerwona cebula
- pieprz, sól, oliwa, 
- pestki dyni



Muszle gotujemy wg przepisu na opakowaniu. 
Buraki gotujemy  w osolonej wodzie, studzimy i obieramy.
 Kroimy w kostkę. 
Cebulę kroimy w kostkę i podsmażamy na oliwie, przyprawiając obficie solą i pieprzem. 
Do cebuli wrzucamy buraczki i ser, całość możemy potraktować blenderem ale ja użyłam tłuczka do ziemniaków aby kawałki buraków były wciąż wyczuwalne w masie. 
Masą tą nadziewamy muszle, posypujemy podprażonymi pestkami dyni i skrapiamy oliwą. 
Podajemy.


SMACZNEGO!!!